WPR wzmacniania pozycję ogrodników w łańcuchu dostaw? Korzeniowski: To piękna idea, ale nie jest łatwo
W dokumentach Wspólnej Polityki Rolnej dużo mówi się dziś o wzmocnieniu pozycji rolnika w łańcuchu od pola do stołu. Brzmi świetnie, szczególnie dla producentów owoców i warzyw, którzy chcieliby więcej zarabiać na swojej pracy, a mniej zostawiać pośrednikom. Ale czy w praktyce sektor ogrodniczy ma realną szansę na wyższą rentowność dzięki krótszym łańcuchom dostaw?
– To jest piękna idea, zgadzam się, ale też realna szansa – tyle że wcale niełatwa do wykorzystania – mówi dr Mirosław Korzeniowski, prezes Stowarzyszenia Agroekoton, w rozmowie z portalem politykarolna.eu podczas targów TSW 2026 w Kielcach.
Polska jagodowa rewolucja pod folią
Gdy szuka się przykładów, dr Korzeniowski sięga po to, co najlepiej widać w polskim ogrodnictwie ostatnich lat: jagodowe uprawy pod osłonami.
– Polskie ogrodnictwo bardzo dynamicznie rozwinęło się w ostatnich kilkunastu latach, także dzięki Wspólnej Polityce Rolnej – podkreśla. – Widać to szczególnie tam, gdzie dostarczamy owoce wysokiej jakości na rynek świeży, na rynek krajowy i lokalny. Krótkie łańcuchy dostaw, jak najbliżej od produkcji do konsumenta, właśnie w tym segmencie są najbardziej naturalne.
Przełomem okazało się szybkie wejście w nowoczesne technologie, które pozwalają ograniczyć skutki coraz większych wahań pogody. Dr Korzeniowski pokazuje na przykład malin:
– W ciągu kilku lat produkcja malin pod osłonami w Polsce urosła do skali, która jest ewenementem w Europie. Konsument dostał możliwość kupowania najwyższej jakości malin od kwietnia do listopada. Tradycyjny sezon trwał kilkanaście tygodni.

Co ważne, ten postęp dokonał się głównie w średnich gospodarstwach, niekoniecznie wielkich holdingach. Warunkiem był jednak jeden element: współpraca.
– To właśnie współpraca sprawia, że średnie gospodarstwa są w stanie zaoferować rynkowi zestandaryzowany produkt, w szerokiej ofercie, powtarzalny i przewidywalny dla odbiorcy – dodaje.
Od malin przemysłowych do deserowych – zmiana, która podnosi marżę
Dobrym przykładem jest – przywołana podczas konferencji malinowej – grupa producentów Witabo. Jeszcze niedawno miała profil typowo przemysłowy: maliny niższej jakości, sprzedawane do przetwórstwa, z niewielką marżą.
– Dziś coraz większa część produkcji to owoce deserowe, głównie na rynek polski, ale coraz częściej także na rynki sąsiednie. Fantastyczne owoce, których nie trzeba późną jesienią importować z północnej Afryki – wskazuje Korzeniowski.
Dla plantatorów oznacza to coś kluczowego: wyższą wartość dodaną z hektara. To już nie surowiec sprzedawany na tonę, ale produkt, który zarabia jakością.
– Skracamy łańcuchy dostaw, dajemy konsumentowi najwyższej jakości żywność o walorach prozdrowotnych. Te inwestycje są dobre dla wszystkich – dla plantatora, dla konsumenta i dla gospodarki – podsumowuje.
Jabłka z Polski do Indii i Ameryki Południowej
Zmiana dotyczy nie tylko malin. Dr Korzeniowski przypomina, że proces przestawiania sadów na nowe odmiany i technologie w jabłkach trwa zawsze wiele lat – ale jego efekty już są widoczne.
– Widzimy, że polskie jabłka zdobywają coraz atrakcyjniejsze rynki, na których można generować marże. To jest dobre dla producentów, pod warunkiem, że się zbierają, produkują duże partie jednolitego towaru i mogą konkurować na rynkach, które jeszcze kilkanaście lat temu były dla nas egzotyczne – jak Bliski Wschód czy Indie – wylicza.
Jak dodaje, wkrótce polskie jabłka w większej skali mogą trafić także do Ameryki Południowej.
– Paradoksalnie, w przypadku Mercosuru, jabłka możemy sprzedawać bez większych problemów. To jedna z nielicznych gałęzi produkcji, która może w tej umowie znaleźć realną szansę, a nie tylko zagrożenie – zaznacza.
Mercosur: jedni się boją, inni widzą szansę
Otwarcie rynku UE na produkty z krajów Mercosuru budzi zrozumiałe obawy wśród wielu rolników. Sektor ogrodniczy patrzy na to nieco inaczej.
– Część producentów tradycyjnych upraw polowych – pszenicy, buraków, rzepaku – patrzy na ogrodników z zazdrością. Mówią: „Wy nie jesteście tak zagrożeni przez Mercosur, produkujecie gatunki dochodowe, my może musimy przestawić system produkcji” – relacjonuje prezes Stowarzyszenia Agroekoton.
Zauważa, że nowoczesne ogrodnictwo może stać się polską specjalnością. Tyle że taka specjalizacja wymaga:
- myślenia o eksporcie od samego początku,
- świadomości, że krajowy rynek nie jest w stanie wchłonąć całej produkcji,
- przemyślanej strategii i wspólnego działania – od grup producentów, przez organizacje branżowe, po państwowe wsparcie promocji.
– Musimy mieć świadomość, że w ogrodnictwie szansa istnieje, ale nie wykorzystamy jej w pojedynkę. Tu kluczowe jest przemyślane, wspólne działanie – podkreśla.
Co dała WPR? Pieniądze nie zostały zmarnowane
Dotychczas Wspólna Polityka Rolna wspierała głównie inwestycje: chłodnie, sortownie, infrastrukturę, technologie produkcji. W sektorze ogrodniczym efekty widać szczególnie jasno.
– Polskie ogrodnictwo było jednym z największych beneficjentów środków inwestycyjnych. Co ważne – nie zmarnowaliśmy tych pieniędzy. One nie zostały przepuszczone przez system, tylko przełożone na realne inwestycje, które wzmocniły jakość naszej produkcji – ocenia Korzeniowski.
Dziś polska borówka trafia nie tylko do polskich konsumentów, ale też na najbardziej wymagające rynki świata.
– Bez problemu wysyłamy borówkę do krajów Zatoki Perskiej, gdzie oczekuje się najwyższej jakości i uzyskuje najwyższe marże. To efekt inwestycji w technologię, certyfikację, infrastrukturę – dodaje.
Problem w tym, że strumień tych środków będzie raczej malał, niż rósł.
– Patrząc do przodu, wiemy, że na inwestycje środków na pewno nie będzie więcej – raczej istotnie mniej – zaznacza.
Teraz klucz to promocja – ale najpierw standaryzacja
Skoro inwestycyjny etap mamy za sobą, naturalnym kolejnym krokiem jest promocja. I to nie wyłącznie na poziomie krajowym.
– Europie zależy na promocji produktów europejskich. My musimy widzieć siebie jako silny element tej wspólnoty. Z tej promocji na świecie możemy skorzystać również my – jako polscy producenci – mówi dr Korzeniowski.
Zastrzega jednak, że sama promocja to za mało. Najpierw trzeba mieć co promować.
– Żeby promować produkt, musimy go mieć wystandaryzowanego. To oznacza coraz większe zaangażowanie większych grup rolników w standaryzację procesów, w certyfikację, w stosowanie uniwersalnych norm. My już wiele z tego zrobiliśmy. Teraz musimy wyjść ze swoją ofertą szerzej w świat i potrzebujemy środków, żeby ją wypromować – tłumaczy.
Zacznijmy od siebie: za mało jemy własnych owoców i warzyw
Wątek promocji eksportowej nie zwalnia nas z zadania na własnym podwórku. Dr Korzeniowski podkreśla, że nawet w Polsce i w Europie wciąż jemy za mało lokalnych owoców i warzyw.
– W każdej piramidzie żywieniowej owoce i warzywa są w tej najważniejszej części. A w praktycznej diecie Polaków i Europejczyków lokalnych produktów ciągle jest za mało – zauważa.
Jego zdaniem pobudzenie konsumpcji w kraju to także forma skracania łańcucha dostaw i wsparcia krajowego ogrodnictwa.
– To jest nasza szansa: jeść więcej swoich owoców i warzyw, produkowanych lokalnie. Dzięki nowym technologiom możemy wydłużyć ich dostępność w ciągu roku i nie musimy tak wielu gatunków importować z półkuli południowej – z Afryki Południowej czy z krajów Mercosuru. Możemy je mieć od naszych plantatorów, w wysokiej jakości, praktycznie przez cały sezon – mówi.
Na koniec dodaje z uśmiechem: – Konsumenci po owocach nas poznają. Jeśli utrzymamy tę jakość i będziemy ją dobrze komunikować, ogrodnictwo może być jedną z najmocniejszych wizytówek polskiego rolnictwa.
Zapraszamy do obejrzenia wywiadu: https://www.youtube.com/watch?v=qM3qh_BVmb0


